
Pierwsza Para:
Breakfast at Tiffany's (1961)
Korzystając ze wczorajszego "święta" postanowiliśmy razem z Meg obejrzeć klasyczny film na podstawie powieści kontrowersyjnego Trumana Capote. Lepsze to, niż plastikowe serduszka z metką za 15 czy więcej złotówek, a w doddatku wcześniej nie dane mi było odwiedzić na śniadaniu salonu "Tiffany's". Okazało się że obraz z ikoną stylu - Audrey Hepburn oraz odtwórcą roli Hannibala w hitowym serialu "Drużyna A" (George Peppard) niespecjalnie się zestarzał. Mnóstwo komicznych sytuacji plus strach przed odważnymi decyzjami stworzył komedię romantyczną bez nadmiernego epatowania uczuciami. Czy ucieczka jest sposobem na lepsze i bogatsze życie? tego dowiecie się z nadal świeżego dzieła w reżyserii Blake'a Edwardsa (twórca filmowej sagi o Różowej Panterze z Peterem Sellersem). Dodatkowo znakomita muzyka od mistrza filmowych brzmień - Henry'ego Manciniego. Świetnie się nosi zważywszy na wiekowość tak wieć zasłużona 9-tka.
Druga Para:The Damned United (2009)
Michael Sheen ("Frost/Nixon", saga "Underworld", Tony Blair w "Królowej") wciela się w trenera Briana Clougha, uważanego za najwybitniejszego manadżera w historii angielskiej kopanej (wielokrotny zdobywca mistrzostwa kraju, a także europejskiego Pucharu Mistrzów z Nottingham Forrest). Film skupia się na jego fobii względem klubu Leeds United oraz trenera, późniejszego selekcjonera drużyny narodowej Dona Revie. Brian Clough nie tolerował stylu gry rywala i żywił osobistą urazę do legendarnego opiekuna teamu. Głównym wątkiem jest praca w znienawidzonym klubie, konflikt z piłkarzami, zarządem oraz Revie, wskutek którego kontrakt obowiązywał jedynie przez 44 dni. I to moim zdaniem minus filmu. Pomimo retrospekcji z wcześniejszej pracy brakuje rozwinięcia po opuszczeniu Leeds, powrotu w glorii chwały (jest to wspomniane fleszem z rzeczywistymi zdjęciami po akcji filmu).
Troszkę też brakuje samej piłki nożnej :) Mimo to ogląda się przyjemnie i można poczuć atmosferę tę mniej sportową w rywalizacji klubowej, nosi się dość dobrze - 8

Trzecia Para:
Freeway & Jake One - The Stimulus Package (2010)
Raper związany z wytwórnią Roc-A-Fela (Freeway) oraz znany z wielu bitów, a także pełnego dobrych tracków LP producenckiego "White Van Music" - bitmajster Jake One już na samym początku roku zmontowali potencjalnego klasyka. Taaaaa, klimatyczne produkcje połączone z charyzmatycznym zachrypniętym wokalem mają moc. Są tu mocni drgacze membran jak miażdżące "Money", równie dobre "One Thing" z udziałem Reakwona, czy ostre "Microphone Killa" ale są i tracki spokojniejsze, płynące: "Freekin' The Beat" z Latoiyą Williams, rewelacyjne "Sho' Nuff" z legendą UGK - Bun'em B i chociażby przyjemne "One Foot In". Całości dopełnia świetne singlowe story "Know What I Mean" plus dwa tracki zajebiste w swej delikatności: "Free People", She Makes Me Feel Alright". Dobrze się zaczyna, dobrze kończy, ma w sobie mnóstwo samplowanych wokali, wyraża wiele emocji. Dodatkowo wytwórnia Rhymesayers postanowiła to oryginalne wydać, o czym poniżej wraz ze wspomnianym singlem. Czysta perła, buty jak szyte na moją nogę - DYCHA KURWA :)
Czwarta Para:
Czyli krótko, bez pierdolenia, najlepsze płyty 2010 wraz z rozmiarówką :P
Z tych co pamiętam, tak w sumie na szybko... razdy siedem:
Cunninlynguists - Strange Journey Volume One - 9,5 - jedyni w swoim rodzaju
Fashawn - Boy Meets World - 8,5 - debiut roku
Classified - Self Explanatory - 9 - największe zaskoczenie, skąd się wziął ten białas... poza tym, że z Kanady :P
Marco Polo & Torae - Double Barrel - 9 - bomba za bombą, Mefisto tego slucha przy podwieczorku. :D
People Under The Stairs - Carried Away - 8 - pozytywnie i z poczuciem humoru jak zawsze :)
Eminem - Relapse - 9,5 - oj wielki kurwa powrót :P
Brother Ali - Us - 8 - najlepszy raper - albinos :P
na uwagę zasłużyli również:
Mos Def - The Ecstatic - 7
Reks - More Grey Hairs - 7,5
Oddisee - Mental Liberation - 7,5
Gift Of Gab - Escape To Mars - 7
Krs One & Buckshot - Survival Elements - 7,5
Para Piąta:
vide poprzednia przymiarka ale teraz te gorzej szyte papcie, znoszone, dziurawe, z brakami:
Rakim - The Seventh Seal - 5 - długo czekał, stanowczo za długo
Chali 2Na - Fish Outta Water - 4 - trza było zostać w wodzie, jeden zajebisty track to mega słabo jak na uchodzącego za najlepszego MC z ekipy Jurassic 5...
Method Man & Redman - Blackout 2 - 6 - straszny burdel stylowy jak dla mnie
MR. SOS - How I Learned To Stop Worrying And Love The Bomb - 4 - zajebisty w Cunninlyguists nijaki solowo
Royce Da 5'9 - Street Hop - 5,5 - jaram się tym typem za flow ale on kurwa nigdy nie nagrał dobrej płyty :/
Blue Scholars - Oof EP! - 3,5 - przeszli do potężnego muzycznie Duck Down Records i nagrali z pizdy przekombinowaną epkę... WTF?!
Finale - A Pipe Dream And A Promise - 5 - powalająca lista producentów (Kev Brown, Khrysis, Black Milk, Mphazes, Oddisee, Nottz, Flying Lotus) i co? i nic... bez wyrazu, bez sensu.
Szósta Para:
RedLight Boogie? Pierwsze słyszę o typie, widać ciągnie go do watahy z Boot Camp Clik, tu z Sean'em P w tracku "Heat Rock". Niezłe papcie - 8
Siódma Para:
Ziomek kiedyś zapytał: "Widziałeś kiedyś film bez Morgana Freemana?" :P
To pytanie powraca wraz z nowym filmem nakręconym przez Brudnego Harry'ego.
Tym razem Eastwood bierze na paletę historię Nelsona Mandeli (w tej roli oczywiście Freeman) i jego kontaktu z kapitanem reprezentacji RPA w rugby(tamtejszy sport namber łan) - Francois Pienaarem granym przez Matta Damona. Pomysł oraz dobór osób wygląda dobrze, tak na 8.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz